Audio – Co oznacza to określenie?

0
112
audio

Audio – Co oznacza to określenie?

Zawsze wydawało mi się, że każdy, dosłownie KAŻDY, doskonale wie o co chodzi, kiedy słyszy słowo Audio. Ale ponieważ człowiek uczy się całe życie i ciągle jest zaskakiwany, również i ja w przeciągu ostatnich kilku miesięcy, zostałem zaskoczony. I to nie raz, a co najmniej 6-8 razy.

Kiedy niedawno odpowiadałem znajomym na pytanie czym się obecnie zajmuję, widziałem ich miny, kiedy padało słowo „audio”. Najczęściej rozpoczynali dopytywanie w stylu; to znaczy czym?

Co to w ogóle jest to audio? A dlaczego ma taką nazwę a nie inną? A nie da się po polsku, tak żeby każdy rozumiał?

Były momenty, kiedy zacząłem wątpić w wiedzę i inteligencję co najmniej kilku osób, które przecież znam od bardzo wielu lat i posądzać ich o ogólną ignorancję, a tym bardziej głupotę, byłoby wielkim błędem.

A mimo to nie wiedzieli o co chodzi i trzeba było spędzić całkiem sporo czasu na tłumaczeniu, odpowiadaniu na kolejne pytania, które rodziły się w trakcie rozmów.

Zdałem sobie nagle sprawę, że to co dla mnie ważne, to co wydaje mi się tak oczywiste, jak to, że po nocy przychodzi dzień, dla bardzo wielu osób wcale takie nie jest.

Stąd mój pomysł na napisanie tego artykułu. Mam nadzieję, że z czasem trafi na niego ktoś poszukujący nieskomplikowanej odpowiedzi i ogólnego przybliżenia tematu.

Audio – znaczy „dźwięk”

Chyba trudno by było ująć to krócej. Dźwięk to audio, a audio to dźwięk.

Chociaż cały przemysł zajmujący się produkcją, dystrybucją, popularyzowaniem urządzeń służących do odtwarzania muzyki, cała ta branża, używa terminu audio od stosunkowo niedawna.

Nie dawniej niż od lat 60-tych XX wieku.

Ale zanim do tego doszło, potrzeba było wielu lat rozwoju techniki.

Krok po kroku od wynalazku do wynalazku.

Mało kto wie, że pierwsze próby nagrania dźwięku zostały dokonane już w latach 50-tych XIX wieku. Tak, tak. Jeszcze przed Wojna Secesyjną w USA i przed Powstaniem Styczniowym w Polsce. Dla wielu ludzi, nie mających o historii pojęcia, to niemal czasy wielkich gadów zamieszkujących naszą planetę.

I chociaż był to eksperyment związany z zupełnie innym zagadnieniem, to przez długi czas wiadomo było, że się udał. Igła zapisująca ślad/dźwięk na papierze dokonała tego, czego oczekiwano. Ale co z tego, skoro nie potrafiono tego śladu odczytać/odtworzyć. Przez ponad sto lat, te zapisane dźwiękiem kawałki papieru były jedynie ciekawostką, osobliwością.

Dopiero pod koniec pierwszej dekady XXI wieku naukowcom udało się ten zapis „przeczytać”.

Rezultat na pewno nie był spektakularny. Dały się słyszeć jedynie szmery, stuki i bliżej niesprecyzowane odgłosy. Niewykluczone, że badacze oczekiwali jakiegoś przemówienia wygłoszonego przez eksperymentującego wynalazcę, ale nic z tych rzeczy. Zapewne po prostu nagrał dźwięki z otoczenia, które bardzo kiepsko zostały zapisane, albo najzwyczajniej w świecie, nie przetrwały próby czasu.

Tak czy inaczej, było to pierwsze potwierdzone historycznie działanie mające na celu (jako skutek uboczny) próby zapisu fonicznego.

Następne próby, tym razem już w pełni świadome, odbywały się od końca lat 60-tych XIX stulecia. Po wielu eksperymentach i niepowodzeniach doprowadziły do zaistnienia urządzeń, które mogły stanąć w każdym szanującym się domu. Początkowo tylko w bardzo zamożnych domach, ale z biegiem czasu również w tych, należących do klasy średniej.

Chociaż komuś może wydawać się dziwne, że podkreślam początkową „klasowość” konsumentów, ale faktycznie tak było. Od zawsze. Wszelkie nowe, a w konsekwencji modne wynalazki, kiedy ostatecznie trafiały do produkcji, początkowo były na tyle drogie, że tylko najbogatszych było na nie stać. Ten ultra modny pod koniec XIX wieku wynalazek to wałek woskowy.

Kiedy zagościł na światowych rynkach, nie było dla niego konkurencji i przez dłuższy czas był w powszechnym użyciu. Sprzęt odtwarzający wałki znamy pod nazwą fonografu Edisona.

W moich zbiorach płytowych, posiadam nagranie odzyskane z woskowego wałka, na którym słynny Enrico Caruso wykonuje arię „La dona e nobile” z opery Rigoletto. Dźwięk jest brudny, pełen szmerów, szumów i trzasków, a głos legendarnego tenora brzmi nieznośnie nosowo. Ale jednak go słychać. To nie znaczy, że w czasach swojej świetności, wałki brzmiały lepiej. Na pewno nie. Ale przecież wtedy nikt nie doszukiwał się w dźwięku tych urządzeń jakiejkolwiek naturalności. Wystarczająco fascynowało to, że w ogóle coś gra. Wcześniej, żeby posłuchać muzyki na takim poziomie wykonawczym, trzeba było się pofatygować do opery, filharmonii etc. A tu, proszę. Nasi przodkowie nakręcali sprężynę urządzenia, nakładali wałek i mieli kawałek filharmonii w swoim salonie.

Kiedy wałek już rządził niepodzielnie i wydawało się, że pozostanie ze słuchaczami na bardzo długo, pojawił się konkurent. Szybko, agresywnie atakujący dotychczasową pozycję fonografu.

Był to patefon, który wkrótce przekształcił się w gramofon tubowy.

Co prawda fonografy Edisona również były wyposażone w tubę pełniąca rolę głośnika, ale jak wspominałem, odtwarzały woskowe wałki ułożone horyzontalnie na urządzeniu i obracające się wokół własnej osi. Natomiast gramofony przeznaczone były do odtwarzania płyt gramofonowych.

Takie płyty miały formę „winyli” znanych do dzisiaj. Zrobione były z bardzo twardych materiałów i dosyć szybko ulegały zużyciu. Płyta kładziona była na niemal takim samym talerzu jak i dzisiaj. Prędkość wirowania wynosiła 78 obrotów, czyli ponad dwa razy szybciej niż w gramofonach używanych później.

Dźwięk z gramofonu był znacznie lepszy niż z fonografu, ale również pełen zniekształceń i nadal „nosowy”. Taki sprzęt, również napędzany był poprzez nakręcaną sprężynę. Igła odczytywała zapis rowkowy, a wielka tuba potrafiła zagrać naprawdę głośno.

Ciekawostką może być wiadomość, że nagrań/zapisu dokonywano również za pośrednictwem podobnej tuby, pełniącej rolę mikrofonu. Ale tylko przez bardzo krótki okres. Przecież znane już były telefony. A telefony jak wiadomo, miały w swojej konstrukcji mikrofon. Szybko skojarzono oba standardy, i w drugiej połowie lat 20-tych zapisywano dźwięk przy użyciu mikrofonów.

Mikrofony tamtej epoki, w połączeniu z kiepską jakością sprzętu zapisującego, nadal prezentowały ową „nosowość” głosów. I nadal publiczności to w żaden sposób nie przeszkadzało. Grunt, że muzyczka grała. W wielu pamiętnikach, czy nawet w międzywojennej prozie, można znaleźć informacje o tym, jak to w ciepłe, wiosenne lub letnie wieczory, wystawiano gramofony na okienny parapet i słuchając modnych szlagierów, dzielono się tą radością z sąsiadami, przechodniami itp. Najczęściej takie zabiegi dotyczyły ówczesnej klasy robotniczej. A to oznacza, że takie urządzenia chociaż na pewno dosyć drogie, nie były już tak elitarne jak niegdyś fonografy.

Oczywiście te gramofony wystawione na parapetach raczej rzadko odtwarzały operowe arie.

Najczęściej bywały to popularne melodie i piosenki. Coś w stylu odpowiednika dzisiejszej muzyki POP. Celowo unikam porównań do nurtu Disco-Polo, bo aż taki brak gustu wtedy jeszcze nie zaistniał

Czas, jak to czas. Biegł nieubłaganie. Oprócz gramofonów, na rynku pojawił się kolejny „szatański” wynalazek. Radio. Początkowo tylko do słuchania wiadomości, słuchania czytanej poezji, powieści, ale wkrótce także do obcowania z muzyką.

Mało kto wie, ale te wczesne radiowe koncerty odbywały się całkowicie „live”. W studio rozgłośni radiowej występowały kwartety, kapele ludowe, czy nawet mniejsze big bandy. I wszystko to szło w eter całkowicie na żywo. Czy były wpadki? Na pewno. To nieuniknione, ale nikt nie przywiązywał do tego wagi. Zresztą nie zdążył się jeszcze wykształcić rygorystyczny, sterylny profesjonalizm zarówno wśród radiowych speakerów, jak i występujących muzyków. I tak wszystko to, co na falach radiowych było emitowane „na żywo” brzmiało lepiej, niż puszczane z gramofonów. Bo przecież robiono również i tak.

W końcu trudno, żeby w godzinach nadawania (kilka godzin na dobę) zawsze pod ręką był jakiś artysta gotowy do występu „live”. No i modne szlagiery zagraniczne trzeba było jakoś wyemitować. A do tego gramofony były urządzeniami nieocenionymi, mimo złej jakości brzmienia. Czy komuś to przeszkadzało? Na pewno nie.

Nadal chodziło wyłącznie o to, żeby coś tam z odbiornika sobie gadało albo grało.

Początkowe sesje słuchania audycji radiowych gromadzące przed odbiornikiem całe rodziny, a nawet sąsiadów, powoli powszechniały. Coraz częściej włączano radio tylko po to, żeby sobie grało w tle codziennych zajęć. Bardzo podobnie ludzie robią i dzisiaj.

Dopiero po II Wojnie Światowej, upowszechnianie się magnetofonów szpulowych, spowodowało rozwój technik i narzędzi radiowych. Można było na nie nagrywać nie tylko muzykę, i to w różnych warunkach, ale także przygotować rozbudowane i pełne „efektów specjalnych” słuchowiska. I chociaż do końca lat 40-tych nadal posługiwano się konwencją „live”, to jednak coraz więcej pozycji w radiowej „ramówce”, było odtwarzanych z taśmy. I co najważniejsze, nie tylko jakość dźwięku była w nich o niebo lepsza niż z gramofonów, ale również mikrofony stały się znacznie bardziej wierne w przekazywaniu brzmienia instrumentów, tembre głosu.

Nadal jednak nie padało określenie AUDIO.

Wszystko do tej pory było po prostu patefonami, gramofonami, odbiornikami radiowymi, mikrofonami, głośnikami, ale nadal nie łączyła ich żadna wspólna nazwa. Chociaż np. moja babcia, na wszystkie te urządzenia mówiła „radio”, również na telewizor.

Właściwie można chyba przyjąć, że pierwsze przymiarki do pojawienia się czegoś, co już za moment miało zyskać nazwę urządzeń (i całej branży) audio, to początek lat 50-tych. Bardzo nieśmiałe przymiarki. Co prawda pierwszych nagrań stereofonicznych dokonano pod koniec lat 40-tych, ale miały one raczej formę doświadczalną. Nie były więc przeznaczone na rynek masowy.

Natomiast przez całe lata 50-te pracowano nad ulepszaniem jakości dźwięku, zwiększaniem jego dynamiki, czytelności szczegółów. Wszystko to jednak koncentrowało się szczególnie na zapisie i odtwarzaniu w wersji mono. Ten standard był popularny. W tym standardzie nagrywano artystów w studio, i w tym standardzie wypuszczano nagrania na rynek w postaci płyt.

Jednocześnie z masową produkcją mono-sprzętów, prowadzono dalsze badania nad standardem stereofonicznym. Na tyle szybko, że pierwsze nagrania stereofoniczne, dostępne dla szerokiej rzeszy słuchaczy, ujrzały światło dzienne w II połowie tej dekady. Pod koniec lat 50-tych, bardzo dużo nagrań, szczególnie jazzowych, powstawała w formacie stereo.

Słynna sesja do płyty Dave Brubeck Quartet – „Time Out”, była rejestrowana nie tylko w wersji stereofonicznej, ale także z najwyższym staraniem o uzyskanie naturalnego dźwięku. Zespół miał zabrzmieć na płycie dokładnie tak, jak brzmiałby w trakcie kameralnego koncertu w niewielkiej jazzowej salce. I był to eksperyment nie tylko udany, ale również bodaj jeden z pierwszych, które można rozpatrywać w kategoriach audiofilskich.

Początki wysokiej wierności dźwięku (High Fidelity)

A skoro można już było kupić płyty nagrane w stereo, to logiczne, że potrzebny był sprzęt umiejący te płyty prawidłowo odtworzyć. Błyskawicznie pojawiały się wciąż nowe konstrukcje, gramofonów (oczywiście od dawna już pozbawionych tuby), wzmacniaczy, a nawet tak ambitne klocki jak oddzielne monobloki, służące do uzyskania jak najlepszego efektu stereo, pamiętając także o możliwie dokładnym odwzorowaniu brzmienia płyt.

Z takimi pomysłami i udoskonaleniami świat wszedł w lata 60-te.

I chyba tak naprawdę, to jest ten okres, kiedy określenie AUDIO zaczęło być powoli stosowane.

Powoli, ale coraz częściej. Coraz częściej gdzieś w dalekim świecie. Bogatszym, bardziej cywilizowanym, wyprzedzającym nas o całe parseki. W Polsce jeszcze bardzo, bardzo długo używano nazwy „sprzęt grający”.

Bo o ile na zachodzie Europy, w USA czy Japonii, szybko podzielono urządzenia na bardziej lub mniej masowe w zależności od ich ceny, jakości i ekskluzywności, to u nas wtedy nie tylko nie było, ale nawet nie mogło być urządzeń mogących w jakikolwiek sposób różnić obywateli na lepszych/gorszych, bogatszych/biedniejszych. Wszak zgodnie z doktryną jedynej i nieomylnej siły politycznej w naszym kraju, wszyscy obywatele byli równi, i wszystkim należała się taka sama jakość, za te same pieniądze.

Gdzie indziej tak nie było, więc kapitalistyczni producenci rozwijali swoje pomysły, prowadzili setki badań i eksperymentów. Najwyraźniej uparli się, żeby produkować różne urządzenia, o różnych parametrach, jakości i cenie. Czyli różnicowali ludzi, w zależności od potrzeb, gustu i zawartości portfela. Czym głębiej w lata 60-te, tym bardziej dały się zauważać konstrukcje nastawione na jak najlepszą jakość dźwięku. Pewna część konstrukcji była adresowana do ludzi szukających tak wiernego dźwięku, jak tylko to było możliwe w tamtych czasach.

Czyli było to już AUDIO pełną gębą.

Słowo Audio było w latach 70-tych już ogólnie znanym określeniem. Było stosowane do całej branży zajmującej się zarówno produkcją, dystrybucją i detaliczną sprzedażą, wszelkich urządzeń typu: gramofony, wzmacniacze, magnetofony, tunery radiowe, głośniki, słuchawki.

Produkty branży audio umożliwiały korzystanie z wyrobów pokrewnej branży, czyli branży fonograficznej. Podkreślam, że mimo podobieństw, były to silnie ze sobą związane ale jednak osobne obszary rynku.

W naszym kraju również można było już dostrzec pewne małe zmiany w nomenklaturze, albowiem nowym modnym określeniem stało się „sprzęt stereo”, „sprzęt Hi-Fi”. Czyli jakiś postęp się dokonywał.

Był to nasz odpowiednik na funkcjonujące na całym świecie pojęcia: audio oraz audio Hi-Fi.

Lata 80-te właściwie niewiele zmieniły w zasadniczym nazewnictwie. Wyjątkiem było pojawienie się nowego pojęcia w postaci „CD Player”. U nas ten nowy wynalazek początkowo próbowano nazywać „Dyskofonem”, ale ta nazwa była tak rzadko używana przez kogokolwiek, że w końcu dano za wygraną. Uproszczono sformułowanie i od połowy lat 80-tych, w Polsce używano określenia „Compact” zarówno w stosunku do odtwarzaczy jak i do płyt CD.

Ciekawe, że dzisiaj ta nazwa jest już chyba dosyć zapomniana, bo kiedy mówię komuś, kto nie ma więcej jak 30 lat, że kupiłem sobie fajny compact, to na ogół nie rozumieją o czym mówię.

Ale kiedy określę nowy nabytek jako płytę CD, z porozumiewaniem już nie ma problemów. Czyli dzisiaj ludzie młodzi posługują się określeniem tego standardu zgodnie z jego pierwotnym, prawidłowym nazewnictwem.

Słowo Audio staje się normą w Polsce

Dopiero w latach 90-tych, i to od samego ich początku, w Polsce upowszechniło się słowo AUDIO. Od tamtego czasu wszystko to, co służy do odtwarzania dźwięku jest określane w taki sposób. Celowo napisałem o odtwarzaniu dźwięku, a nie konkretnie muzyki, bo przecież oprócz płyt typowo muzycznych, ludzie słuchali i nadal słuchają wszelakich audio-booków itp.

Dla nas, w tym artykule ważne jest, że w Polsce najwyraźniej określenie AUDIO przyjęło się ostatecznie i niepodzielnie, tuż po politycznych zmianach ustrojowych. Nagle dogoniliśmy resztę świata. I chociaż tylko w nazewnictwie, to jednak chociaż w tym staliśmy się Europejczykami, obywatelami świata. Niestety te zmiany polityczne całkowicie wykończyły polski przemysł radiowo-telewizyjny. O ile w latach 70-tych i 80-tych nasze urządzenia stereo Hi-Fi, nawiązywały designem, a często także jakością dźwięku do propozycji zachodnich czy daleko-wschodnich, to po roku 1991 ta gałąź naszej gospodarki błyskawicznie się degradowała. W ciągu zaledwie 2-3 lat faktycznie przestała istnieć.

Od jakiegoś czasu daje się zauważyć powolny przyrost krajowych firm specjalizujących się w konstruowaniu i produkcji klocków audio. Dotyczy to jednakże urządzeń należących do wyższej klasy jakościowo-cenowej, lub w najlepszym razie klasy średniej.

Ostateczne wytłumaczenie:

Reasumując, można całą sprawę ująć w taki sposób, chociaż nadal jest to tłumaczenie ogólnikowe;

Audio – to potoczna nazwa całej branży zajmującej się produkcją, dystrybucją, handlem detalicznym wszelkimi urządzeniami służącymi do słuchania dźwięku.

Sprzęt Audio – to nazwa urządzeń do słuchania dźwięku. W Polsce jest tożsama z nazwami typu „sprzęt grający”, „sprzęt Hi Fi”, „sprzęt stereo”.

Vintage Audio – wspólne określenie dla urządzeń audio wyprodukowanych w latach 60, 70, 80-tych, czasem stosowane do tych klocków, które pochodzą z pierwszej połowy 90-tych. Granica jest płynna i często budzi zażarte dyskusje.

ParaVintage Audio – to urządzenia audio, produkowane współcześnie ale nawiązujące designem do sprzętów sprzed co najmniej 30-tu lat.

Retro Audio – to zamiennik określenia dla Vintage Audio.

Mam nadzieję, że teraz wszystko już jest jasne i nie wymaga dalszego zagłębiania się w temat.

Zapraszamy do zapoznania się z nowym serwisem iviteraudio.pl

Marek „Maro” Kulesza

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o