Czy można zbudować uniwersalnego tłumacza?

0
51

W 1960 roku astronom Frank Drake, opierając się na założeniach Philipa Morrisona i Giuseppe Cocconiego przeprowadził pierwszą próbę wysłania sygnału w przestrzeń kosmiczną w celu skontaktowania się z cywilizacją pozaziemską. Za pomocą radioteleskopu o średnicy 26 metrów badał szum radiowy z okolicy Tau Ceti i Epsilon Eridani – gwiazd położonych najbliżej Ziemi zaraz po Słońcu. Niczego niezwykłego nie zarejestrował, jednakże rok później odbyła się pierwsza konferencja naukowa na temat SETI – projektu poszukiwań inteligentnych cywilizacji pozaziemskich. I podczas tejże konferencji Drake poznał zainteresowanego egzobiologią astronoma i popularyzatora nauki, Carla Sagana.

W 1971 Drake i Sagan zaprojektowali płytki, które potem, 3 marca 1972 i 5 kwietnia 1973 zostały zamocowane na sondy kosmiczne Pioneer 10 i Pioneer 11. Płytki przedstawiały dwie nagie postaci – kobietę i mężczyznę – oraz rysunek Układu Słonecznego z wyróżnieniem planety Ziemi jako miejsca startu sondy; a także tor lotu sondy.

16 listopada 1974 Frank Drake przesłał za pomocą największego na świecie radioteleskopu w Arecibo wiadomość w kodzie dwójkowym, która została skierowana w stronę gromady gwiazd M13 (w Gromadzie Herkulesa). Wiadomość Arecibo zawierała informacje o strukturze kwasu DNA, wyglądzie człowieka, liczbie ludzi na Ziemi, miejscu Ziemi w Układzie Słonecznym oraz o radioskopie Arecibo.

Wreszcie w 1977 Frank Drake i Carl Sagan – w ramach programu Voyager – umieścili na dwóch sondach pozłacane dyski, na których nagrano obrazy i dźwięki, które miały pokazać cywilizacjom pozaziemskim różnorodność życia i kultur na Ziemi.

Nawiązanie kontaktu z istotami pozaziemskimi może wydawać się marzeniem ściętej głowy, niemniej jednak – tak jak wiele rzeczy – jest ono przedmiotem rozważań naukowców. Co więcej – wspomniany już wyżej kilka razy Frank Drake ułożył wzór równania mającego oszacować prawdopodobieństwo istnienia zaawansowanej technologicznie obcej cywilizacji. Przyjmując jednak, że istnieje szansa na istnienie takowej cywilizacji, trzeba zadać sobie pytanie: Czy na pewno wysłane przez nas wiadomości zostaną zrozumiane?

Z jednej strony jest kwestia biologii i sposobu postrzegania rzeczywistości przez kosmitów. Czy przedstawiciele obcej cywilizacji mają takie same zmysły jak my? Może być przecież tak, że nie mają oczu ani uszu, tak więc nie zrozumieją ani płytek na Pioneerach, ani na Voyagerze, ani sygnałów radiowych wysyłanych przez radioteleskop w Arecibo. (I tutaj pomaga nam egzobiologia, która zajmuje się, między innymi, teoretycznymi rozważaniami nad tym jak życie mogłoby się rozwinąć w konkretnych warunkach panujących na obcych planetach.)

Następne, co należy rozważyć, to to, czy nasze wiadomości zostaną właściwie zinterpretowane. W końcu skoro kosmici byliby na dość wysokim poziomie, aby podróżować po galaktyce, muszą mieć jakiś język, którym się porozumiewają.

I tutaj z pomocą przychodzi fikcja. W fikcji, co prawda, większość kosmitów porozumiewa się po angielsku, niemniej jednak zwykle jest to wyjaśnione w taki sposób, że albo wszyscy, albo przynajmniej kilku uczestników dialogu posiada wbudowanego gdzieś uniwersalnego tłumacza, który na bieżąco przekłada mowę jednej osoby na język drugiej i vice versa. Takie urządzenie niewątpliwie byłoby użyteczne, zarówno podczas pierwszego kontaktu z obcą rasą kosmitów, jak i u nas na Ziemi.

Czy więc można zbudować uniwersalnego tłumacza?

Uniwersalny tłumacz – co nam jest potrzebne?

Język jest skomplikowaną rzeczą, zawsze mocno sprzężoną z kulturą, środowiskiem i zawirowaniami historycznymi ludu, który się nim posługuje. Bywa też, że słowo w jednym języku nie ma swojego odpowiednika w innym, a przynajmniej jest on niedokładny. Co prawda, w odcinku oryginalnej serii Star Treka pod tytułem Metamorfoza pewne koncepty i idee są uniwersalne dla całego wszechświata i dlatego można przełożyć prawie każdy obcy język, niemniej jednak w dziejącym się dwieście lat wcześniej Star Trek: Enterprise obsługą prototypu uniwersalnego tłumacza i badaniem nowych języków zajmuje się lingwistka Hoshi Sato.

Nie ulega wątpliwości, że aby skonstruować uniwersalnego tłumacza będzie potrzebny sztab lingwistów, który nie tylko wprowadzi do urządzenia słownik, ale też zadba o to, aby przekładane przez nie zdania miały sens. Już teraz aplikacja Google Translate – choć powoli staje się coraz lepsza – pozostawia w przypadku wielu przekładów wiele do życzenia. Poza tym jest jeszcze kwestia szyku zdania, który może być zupełnie inny w jednym języku, a zupełnie inny w drugim.

Tak więc gdybyśmy mieli zbudować uniwersalnego tłumacza przekładającego poprawnie mowę mówioną z jednego języka na drugi, potrzebujemy nie tylko pomocy lingwistów specjalizujących się w różnych językach, ale też programu komputerowego o zaawansowanej sztucznej inteligencji potrafiącego na bieżąco rozróżnić niuanse językowe i natychmiast przełożyć wypowiedź użytkownika w sposób jak najbliższy jego intencjom. Jednocześnie owa sztuczna inteligencja musiałaby uwzględnić takie czynniki jak ewentualne wady wymowy, regionalny akcent i slangowe słownictwo ewentualnego użytkownika. Być może nawet uniwersalny tłumacz osiągnąłby taki poziom, że mógłby na podstawie pierwszych kilku słów wypowiedzianych przez rozmówcę rozpoznać język, którym się posługuje i przełączyć się na jego tłumaczenie.

Mamy już systemy rozpoznawania mowy, które były rozwijane już od lat pięćdziesiątych. Owo rozpoznawanie mowy przez urządzenia może odbywać się na czterech płaszczyznach:

  1. Pod względem segmentów wypowiadanego zdania (rozpoznawanie pojedynczych fonemów, słów, słów łączonych, mowy ciągłej, mowy spontanicznej)
  2. Pod względem czasu wypowiedzi (rozpoznawanie mowy w czasie rzeczywistym)
  3. Pod względem stopnia zależności mówcy (zależność od mówcy, od grupy mówców, lub niezależnie od mówcy)
  4. Pod względem rozmiaru słownika (mały słownik, zawierający dziesiątki słów; średni – setki słów, duży – tysiące, bardzo duży – dziesiątki tysięcy słów)

Jednocześnie wciąż ta technologia napotyka pewne problemy związane ściśle z osobą mówiącą:

  1. odporność urządzenia na zmienność sygnału wejściowego (głos rozmówcy, tempo wypowiedzi, zmienność tła wypowiedzi),
  2. rozumienie mowy i reprezentacja wiedzy mówiącego,
  3. uwzględnienie kontekstów wypowiedzi (w tym – mowy ciała),
  4. niejednoznaczności językowe,
  5. segmentacja mowy ciągłej,
  6. mowa naturalna.

Poza tym są jeszcze ograniczenia biologiczne i okolicznościowe, jak zmęczenie mówiącego, inni mówiący korzystający ze swoich urządzeń rozpoznawania mowy oraz procesy myślowe ludzi, które wpływają na tempo wypowiadania się, słuchania wypowiedzi innych i wielozadaniowość.

Zanim więc będziemy w stanie zbudować uniwersalnego tłumacza, musimy rozwiązać powyższe problemy.

Pierwsze uniwersalne tłumacze już są!

Co ciekawe, azjatycki oddział Microsoftu opracował w 2012 roku uniwersalnego tłumacza, który przekładał nagrania głosowe. Za pomocą algorytmów mowa jest zamieniana na tekst, który poddawany jest tłumaczeniu za pomocą usługi Bing Translator, aby następnie zostać zamieniony na sygnał mowy, jednak głos wypowiadający przetłumaczony tekst imituje głos osoby z nagrania.

Później, w 2015 roku, Microsoft zaprezentował nową usługę na Skype’a – Skype Translator, umożliwiający tłumaczenie rozmowy w czasie rzeczywistym. Do tej pory jest w stanie tłumaczyć rozmowy w dziesięciu językach: angielski, hiszpański, francuski, niemiecki, mandaryński, włoski, portugalski, arabski i rosyjski. W przypadku rozmów tekstowych oferta obejmuje dwadzieścia języków.

W 2017 roku Google zaprezentowało Google Pixel Buds – słuchawki bezprzewodowe Bluetuth, które w połączeniu ze smartfonami Pixel 2 i Pixel 2 XL umożliwiają korzystanie z Asystenta Google i w ten sposób umożliwia tłumaczenia języka mówionego na inny. Na razie obsługuje tylko czterdzieści języków, a dzięki specjalnemu etui mogą się też naładować, przez co Pixel Buds mogą być używane nawet przez dobę. Ustalona cena wynosi 249 dolarów.

W końcu zaprezentowany na targach CES w Las Vegas w 2018 roku, startup Travis synchronizuje się z chmurą w sieci i tłumaczy dowolną kombinację słów z osiemdziesięciu najczęściej używanych języków świata, a dwadzieścia z nich jest nawet obsługiwana offline. Wszystko w czasie rzeczywistym, a w przygotowaniu są również inne, mniej popularne języki. Uniwersalny tłumacz Travis kosztuje obecnie 199 dolarów.

Pierwsze próby stworzenia uniwersalnego tłumacza zostały już podjęte i mamy pewną podbudowę technologiczną, która umożliwiłaby zbudowanie takiego urządzenia. Teraz trzeba by jakoś wykorzystać te wszystkie zdobycze techniki, aby ziścić wizję rodem z filmów science fiction.

Wciąż jednak jest to uniwersalny tłumacz języków ziemskich, rozpoznający słownictwo znane przez Ziemian. Tłumacz, który przekładałby języki pozaziemskie na, dajmy na to, angielski, wydaje się poza naszym zasięgiem. Na razie tłumaczenie „w locie” języków ziemskich jest realnym i w miarę sensownym celem, natomiast jeżeli kiedykolwiek nastąpi pierwszy kontakt ludzkości z istotami pozaziemskimi, po zbadaniu ich języka będzie można go włączyć do uniwersalnego tłumacza, który będziemy mieć wtedy w zanadrzu.

A tymczasem miejmy nadzieję na to, że wysyłane przez nas w kosmos sygnały kiedyś zostaną odebrane.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o