Grafen, Szczepanik i Karpiński, czyli trudne życie polskiego wynalazcy

0
67

Jeszcze kilka lat temu wielką nadzieją polskiego przemysłu była komercjalizacja grafenu – rewolucyjnego dwuwymiarowego materiału o unikalnych właściwościach, takich jak wytrzymałość na rozciąganie, wysokie przewodnictwo ciepła i elektryczności, wysoka ruchliwość elektronów w temperaturze pokojowej, czy nieprzepuszczalność gazu. Grafen ma szanse zastąpić w wielu urządzeniach krzem, zostać wykorzystanym jako źródło energii odnawialnej oraz do budowy zwijanych w rolkę wyświetlaczy. Ponadto czujniki grafenu są w stanie wykryć pojedyncze cząsteczki. To wszystko sprawia, że grafen ma przyszłość i dlatego w 2014 roku Unia Europejska przeznaczyła ogromne środki na to, aby rozwijać technologię związaną z tańszym i bardziej efektywnym wytwarzaniem tego materiału.

Jedną z instytucji, która zajmowała się urzeczywistnianiem tego projektu, był Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych (ITME). Niestety, mimo że doktor Włodzimierz Strupiński i jego załoga stworzyli i opatentowali liczne sposoby wyrabiania grafenu, z czasem padli ofiarą politycznych i biznesowych porachunków. Doszło do wymiany kierownictwa w ITME, które to kierownictwo nie tylko nie miało pojęcia o grafenie, ale też dochodziło między nim a załogą Strupińskiego do tarć. Przemysłowcy z firmy Nano Carbon – współpracującej z ITME i mającej na celu sprzedawać i produkować grafen – oczekiwali szybkich efektów, czego uczeni nie mogli im zapewnić jeszcze przez jakiś czas (dodatkowym czynnikiem odstręczającym polskich przedsiębiorców od grafenu był fakt, że wykonane z niego przedmioty wolniej się zużywały, co nie sprzyjałoby kupowaniu przez konsumentów nowych egzemplarzy i wpływałoby ujemnie na popyt). W końcu sam polski rząd nie interesował się grafenem, bo uważał, że nie ma on przyszłości. W rezultacie nasz kraj, który swego czasu zajmował bardzo wysoką pozycję w dziedzinie rozwoju grafenu, nagle został w tyle. Do tego stopnia, że w zeszłym roku sprzedano urządzenia do wyrabiania przedmiotów z grafenu, a doktor Strupiński postanowił nawiązać współpracę z Chińczykami.

Przykład z polskim grafenem obrazuje liczne przeszkody, na które natrafiają zwykle wynalazcy. Niemniej jednak dla nas w szczególności jest to też kolejny dowód na to, jak Polska nie potrafi zadbać o swoich uczonych; że jeśli polscy wynalazcy chcą coś osiągnąć i realizować swoje projekty, muszą szukać szczęścia zagranicą.

Nieliczne wyjątki – Jan Szczepanik

Są, oczywiście, przykłady wynalazców i uczonych, którzy zdobyli sukces na ziemiach polskich. Pierwszy, który przychodzi do głowy, to Mikołaj Kopernik. Co poniektórzy mogą jeszcze przytoczyć przykład Ignacego Łukasiewicza, który wynalazł lampę naftową. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę z tego, że mieliśmy swojego Edisona (i to nie takiego, który kradnie patenty asystentom i rozkręca czarny PR serbskim naukowcom). Chodzi o „galicyjskiego geniusza” Jana Szczepanika, którego sława opłynęła całą Europę i dotarła aż do Stanów Zjednoczonych.

Najsłynniejszy wynalazek Szczepanika – kamizelka kuloodporna.

Urodzony w Rudnikach, wyedukowany w Krakowie, pracujący w podkrośnieńskich wsiach, a w końcu osiadły w Tarnowie Jan Szczepanik wysławił się licznymi wynalazkami, które zrewolucjonizowały tkactwo, a także były prekursorami telewizji i kolorowej fotografii. Mimo jednak że mieszkał w Polsce, dużo podróżował do Wiednia, Berlina i Paryża, bo tam mógł zdobyć publikacje na temat interesujących go dziedzin i dowiedzieć się czegoś na temat nowinek technicznych. Dorobił się też licznych pracowni w Europie, między innymi, w Berlinie, Wiedniu i Dreźnie. Ponieważ działał pod zaborami, dla większości obcokrajowców był „austriackim geniuszem” – tak go też opisywał Mark Twain, który chciał od wynalazcy kupić patent na maszynę tkacką, ale ostatecznie zaprzyjaźnił się ze Szczepanikiem. Najbardziej jednak Szczepanik zasłynął tym, że wynalazł kamizelkę kuloodporną, która nawet uratowała króla Hiszpanii Alfonsa XIII przed kuli zamachowca.

Geniusz Szczepanika trafił na podatny grunt. Pochodzący z rodziny rolniczej, wychowywany przez ciotkę wynalazca, pomimo problemów w szkole spowodowanych przez trudności w nauczeniu się greki (to zaś sprawiło, że nie ukończył gimnazjum w Jaśle), został absolwentem seminarium nauczycielskiego w Krakowie, a podczas swojej krótkiej kariery wiejskiego nauczyciela zaczął prace nad pierwszymi wynalazkami. Przy ponownym pobycie w Krakowie nawiązał liczne znajomości w dziedzinie kultury i nauki, które pomogły mu w rozwoju. Najważniejszą z tych znajomości był Ludwik Kleinberg, właściciel sklepu fotograficznego, który zgodził się finansować wynalazki Szczepanika. Umożliwiono mu również pracę w wiedeńskich laboratoriach na Pragerstrasse i Ungargrasse. Tak więc Szczepanik z jednej strony intensywnie pracował na swój sukces, a z drugiej znaleźli się ludzie gotowi w niego uwierzyć i zainwestować.

Niemniej jednak większość sukcesów polskiej inżynierii miało miejsce zagranicą, poniekąd również dlatego, że wynalazcy musieli z Polski uciekać. Janusz Baranowski (twórca sygnalizacji kolejowej, maszyny generującej bilety oraz liczącej głosy wyborcze) po nieudanym powstaniu listopadowym uciekł do Francji, gdzie był księgowym tamtejszej kolei; a współtwórca wykrywacza min, porucznik Kosacki, był członkiem Polskich Sił Zbrojnych w Paryżu, które po upadku Francji emigrowały do Wielkiej Brytanii, aby tam kontynuować działalność patriotyczną. Zawirowania dziejowe i polityczne mogą pewne rzeczy ułatwić, a pewne rzeczy utrudnić, a co by nie mówić, Polska była ofiarą takich zawirowań przez wiele stuleci.

Jacek Karpiński – opowieść o zmarnowanej szansie

Pozwólmy sobie teraz na małe porównanie Szczepanika do Jacka Karpińskiego, wybitnego inżyniera i ojca polskiej informatyki. Jacek Karpiński był autorem takich wynalazków jak: automatyczny nadajnik krótkofalowy 2kW NPK-2, wykorzystywany przez polskie MSZ to kontaktu z ambasadami; AAH służąca do długoterminowego prognozowania pogody, poprzez analizę zbiorów danych i harmonicznych Fouriera; AKAT-1 oparta o technologię tranzystorów i służąca do obliczania równań różniczkowych; czy chociażby Perceptron, czyli maszyna potrafiąca rozpoznawać otoczenie za pomocą kamery. AKAT-1 był wynalazkiem przełomowym, gdyż była to pierwsza konstrukcja tego typu na świecie. Przyniosła swojemu twórcy rozgłos, a także sprawiła, że konkursie młodych talentów organizowanej przez UNESCO został jednym z sześciu zwycięzców. Dzięki tej wygranej mógł spędzić dwa lata na uniwersytetach Harvarda i Mussachusetts Institute of Technology. Mógł zostać w Stanach Zjednoczonych na stałe i tam kontynuować naukę, ale odmówił, twierdząc, że jako reprezentant Polski i PANu, pozostając zagranicą byłby zdrajcą (nie mówiąc już o tym, że w kraju została jego matka).

Jacek Karpiński na Targach Poznańskich wraz z komputerem K-202.

Jednak najbardziej rewolucyjnym wynalazkiem Karpińskiego był K-202, który mógł być pierwszym na świecie komputerem osobistym. Już w latach sześćdziesiątych Karpińskiemu marzyło się stworzyć komputer wielkości walizki. Udało mu się tym pomysłem zainteresować wojsko, ale po zbadaniu go przez komisję Zjednoczenia MERA, ogłoszono, że w Polsce nie da się zrobić takiego komputera. Karpiński pokazał więc swój projekt znajomemu z Wielkiej Brytanii, handlowcowi Howardowi Lordowi, który z kolei pokazał go ludziom w Londynie. Brytyjczycy byli zachwyceni i już proponowali wynalazcy produkcję jego komputera, ale ten znów odmówił z pobudek patriotycznych. Dzięki dobrym opiniom od Brytyjczyków oraz wstawiennictwu Stefana Bartkowskiego udało się przekonać MERA do tego, aby strona polska (z powołanym specjalnie do tego celu Zakładem Mikrokomputerów) zajęła się produkcją K-202, podczas gdy finansowaniem, marketingiem i sprzedażą zajęłyby się brytyjskie firmy MB Metals i Data Loop. W ciągu roku udało się stworzyć kilka egzemplarzy K-202 z odpowiednim oprogramowaniem. 16-bitowy, zdolny do milionów operacji na sekundę, pracujący szybciej niż powstałe w latach osiemdziesiątych komputery osobiste K-202 został wystawiony na Targach Poznańskich i niebawem pojawiały się na niego pierwsze zamówienia.

Niestety, do masowej produkcji polskiego komputera osobistego nie doszło. Już wcześniej Karpińskiemu kładł kłody pod nogi profesor Węgrzyn, dyrektor Instytutu Automatyki, w którym Karpiński zbudował Perceptona. Węgrzyn utrudniał wynalazcy przyznawanie środków, ciągle krytykował go i torpedował jego pracę i żądał sprawozdań, co skutkowało tym, że Karpiński w końcu odszedł z instytutu. Z kolei po rozgłosie jaki otrzymał K-202 podczas Targów Poznańskich, przyćmiewając tym samym stoisko Wrocławskich Zakładów Elektrycznych „Elwro”, Elwro postanowiło rozpocząć nagonkę na Karpińskiego – szkalowało jego osobę i umniejszało znaczenie K-202. W dużej mierze na niekorzyść wynalazcy działała jego praca w AK, źle widziana przez komunistyczne władze PZPR. Ponadto, z powodu jego prób uzyskania autonomii dla Zakładu Mikrokomputerów, Karpiński został przeniesiony do Instytutu Maszyn Matematycznych.

Tym, co ostatecznie zniszczyło Karpińskiego i doprowadziło to tego, że Polska nie produkowała własnego komputera osobistego, był RIAD – Jednolity System Maszyn Cyfrowych, który miał być projektem jednolitego komputera dla wszystkich krajów Układu Warszawskiego. Każdy kraj miał produkować jeden, ściśle określony typ RIADu i Polsce przypadł akurat RIAD-30. Odtąd zaczęto sabotować Karpińskiego i jego wynalazek – zwalniano ludzi przychylnych jemu i K-202, a sam Karpiński został zwolniony z zakładu. Trzydzieści już wyprodukowanych komputerów trafiło do Wielkiej Brytanii i do różnych instytucji; a dwieście sztuk będących w fazie produkcji trafiło na złom. Kiedy Karpiński próbował wyjechać za granicę, odmawiano mu wydania z paszportu. Od 1978 aż do 1981, kiedy to zgłoszono jego kandydaturę na dyrektora Instytutu Maszyn Matematycznych (po czym, gdy wygrał, zmieniono zdanie i zaproponowano mu stanowisko dyrektora technicznego), Karpiński pracował przy hodowli świń i raz w tygodniu wygłaszał wykłady na politechnice.

I choć historia Karpińskiego na tym się nie kończy (w rzeczy samej, w końcu udało mu się wyemigrować do Szwajcarii, założyć tam biznes, który się jednakże nie udał; a po transformacji ustrojowej pracować pod Balcerowiczem i Olechowskim), to i tak jest to historia o tym jak z powodów politycznych kariera wielkiego człowieka została złamana, a Polska zmarnowała swoją wielką szansę. Karpiński dwa razy miał szanse na wielki sukces zagranicą, ale odmówił ich, wierząc, że powinien przede wszystkim działać dla Polski. Polska jednak – polskie władze i polscy naukowcy – odpłacili mu się za te akty patriotyzmu złamanymi nadziejami, szykanami i utrudnieniami w realizacji planów.

Jakże drastycznie różnią się dzieje Karpińskiego od dziejów Szczepanika, któremu pozwolono się rozwijać, w którego wierzono i który korzystał z nadarzających się okazji? Można zwrócić uwagę na różnicę w epokach, na położenie Polski w XIX i XX wieku, na to, że – mimo wszystko – obaj wynalazcy mieli zupełnie inne doświadczenia z młodości… ale z obu tych historii można wyciągnąć naukę. Pierwsza opowieść niesie naukę dla społeczników i przedsiębiorców, aby widząc geniusz, nie wahali się w niego inwestować i wspierać go w kolejnych projektach; a także dla samych wynalazców, aby nie bali się korzystać z okazji. Druga opowieść to przestroga dla nas, dla Państwa Polskiego, aby polityczne porachunki nie doprowadziły do tego, że nasi geniusze musieliby od nas uciekać. Zwłaszcza w kontekście afery z grafenem, warto by było tę przestrogę wziąć sobie do serca.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o