Ludzie i maszyny – w rymach Wersyfikatora

0
47

Pisząc na temat zagrożeń, ale także nadziei, które niesie ze sobą postęp i rozwój nowych technologii wylano już morze atramentu. Lęki i euforia przeplatają się jak warstwy lasagne. Do sprawy podchodzili filozofowie, naukowcy, inżynierowie, dziennikarze, politycy, biznesmeni – wizjonerzy. Dziś literackie ujęcie tematu. Dość przewrotna próba ukazania szans/zagrożeń (?) niesionych przez modernizację techniczną.

Przedstawiamy fragmenty Wersyfikatora autorstwa Primo Levi, opowiadania, a właściwie jednoaktówki pochodzącej ze zbioru Storie Naturali z roku 1966. Bohaterami tekstu są: Poeta, jego Sekretarka i pan Simpson, sprzedawca Wersyfikatora, poetyckiej maszyny rymującej. Rzecz dzieje się w biurze Poety podczas prac nad wyjątkowo nieatrakcyjnym zleceniem: Lamentem na śmierć przedwcześnie zgasłego markiza Zygmunta von Ellenbogen. W obliczu prac postępujących nadzwyczaj opornie, kompletnie wyjałowiony i pozbawiony twórczego natchnienia Poeta, postanawia wykorzystać możliwości wspomnianego już urządzenia. Decyzja nie jest jednak wolna od rozterek i wątpliwości…

POETA – […] W naszej pracy wkład ludzki będzie zawsze nieodzowny, lecz mamy konkurentów, dlatego musimy powierzyć maszynom zadania bardziej niewdzięczne, bardziej uciążliwe. Właśnie zadania mechaniczne…
SEKRETARKA (z wahaniem, w miarę, jak mówi, coraz bardziej wzruszona) – Mistrzu… ja… ja pracuję z panem od piętnastu lat… więc proszę się nie gniewać, ale… ja na pana miejscu nie robiłabym czegoś podobnego. Nie mówię tego ze względu na siebie, wie pan o tym, ale poeta, artysta, jak pan… jak pan może zgodzić się na wprowadzenie do siebie maszyny… choćby najnowocześniejszej, ale zawsze maszyny…jakże ona może mieć pana upodobania, pana wrażliwość […].
POETA – Ach, niech pani nie myśli, że pani nie rozumiem. Dla mnie również ta decyzja jest bolesna, ja również mam wątpliwości. W naszej pracy jest radość, jest szczęście głębokie i nieporównywalne z niczym, szczęście tworzenia, wydobywania z nicości, oglądania narodzin, z wolna lub nagle, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, ale zawsze na naszych oczach, czegoś nowego, czegoś żywego, czego przedtem nie było… (naraz, rzeczowym tonem). Niech pani to zanotuje: “jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, czegoś nowego, czegoś żywego, czego przedtem nie było”; to się może przydać.
SEKRETARKA (bardzo wzruszona) – Już to zrobiłam mistrzu. Zawsze to robię, nawet kiedy mi pan nie każe. (popłakując) Znam swoje obowiązki. Zobaczymy, czy tamten, ten przyrząd, będzie umiał robić to samo!

Tymczasem do biura wchodzi pan Simpson wraz z pomocnikiem dźwigającym zamówioną aparaturę.

SIMPSON (wszystko jednym tchem) – Dwieście dwadzieścia wolt, pięćdziesiąt faz, prawda? Doskonale. Tu jest kabel. Ostrożnie, Giovanni: tak, tu, na dywanie będzie mu bardzo dobrze, ale można go ustawić w którymkolwiek rogu; nie drga, nie przegrzewa się i nie robi więcej hałasu niż pralka. (uderza dłonią w blachę) Piękna maszyna, solidna. Nie żałowano na nią […] … O, już się rozgrzewa. Za kilka minut, jak się zapali lampka-judasz, można będzie zacząć. Tymczasem pozwoli pan, że powiem coś niecoś o funkcjonowaniu. Przede wszystkim, żeby nie było nieporozumień: to nie jest poeta. Jeżeli pan poszukuje prawdziwego poety mechanicznego, będzie pan musiał zaczekać jeszcze kilka miesięcy: jest on już w daleko posuniętej fazie projektowania w naszym macierzystym zakładzie w Fort Kiddiwanee w Oklahoma. Będzie się nazywał The Troubadour, fantastyczna maszyna, mechaniczny poeta heavy-duty, umiejący tworzyć we wszystkich językach europejskich, żywych i martwych, umiejący pisać wiersze na tysiącu arkuszy nieprzerwanie, od minus stu do plus dwustu stopni, w każdym klimacie, a nawet pod wodą i w wysokiej próżni. (półgłosem) Przewidziane jest włączenie do projektu Apolla: on pierwszy będzie opiewał pejzaż księżycowy. […] A ten, widzi pan, jest tylko Wersyfikatorem i, jako taki, dysponuje mniejszą swobodą, ma – można powiedzieć – mniej wyobraźni. Ale to jest typ potrzebny do prac szablonowych, a ponadto, przy pewnej wprawie operatora, zdolny jest do prawdziwych cudów.

I tu następuje kilka uwag technicznych dotyczących obsługi wersyfikatora:

SIMPSON – […] To jest taśma, widzi pan? Normalnie, maszyna wygłusza swoje kompozycje i jednocześnie zapisuje je. […] A jeśli zachodzi potrzeba, na przykład w pilnych przypadkach, głos można wyłączyć: wtedy kompozycja jest bardzo szybka. – To jest klawiatura: podobna do organowej i do klawiatury linotypów. Tu, w górze (trzask) wkłada się temat: trzy do pięciu słów zazwyczaj wystarczy. Te czarne klawisze to są rejestry: od nich zależy tonacja, styl, “genre” literacki, jak się to dawniej mówiło. I na koniec, tamte inne klawisze określają formę metryczną.

Pan Simpson, wezwany nagłym zleceniem, wychodzi, pozostawiając urządzenie celem przeprowadzenia różnych zadań testowych. Poeta rozpoczyna tymczasem studia nad aparaturą.

POETA (czyta pod nosem broszurkę) – Napięcie i częstotliwość… tak, w porządku. Włożenie tematu… blokada samoczynna… wszystko jest jasne. Naoliwienie… zmiana taśmy… długi przestój… wszystko to będziemy mogli sprawdzić później. Rejestry… o, właśnie; to jest interesujące, to jest zasadnicze. Widzi pani? Jest ich czterdzieści: tu jest klucz skrótów. EP, EL (to pewnie elegijny, tak, elegijny), SAT, MIT, JOC (cóż to jest JOC?, aha: jocular, wesoły), DYD…
SEKRETARKA – DYD?
POETA – Dydaktyczny, to bardzo ważne. PORN… (Sekretarka robi gwałtowny ruch) “Uruchomienie”: nikt by nie przypuścił, że to takie łatwe. Dziecko by potrafiło. (z coraz większym entuzjazmem) Niech pani spojrzy: Wystarczy włożyć tutaj “instrukcję”: wszystkiego cztery linijki. Pierwsza dotyczy tematu, druga rejestrów, trzecia formy metrycznej, czwarta (ta jest dowolna) określenia epoki. Reszta zrobi się sama: to cudowne!
Sekretarka (prowokacyjnie) – to czemu pan nie spróbuje?

Pierwsza próba nie jest zbyt obiecująca. Poeta odkrywa jednak swój błąd: brak tematu. Uzupełnia informację: “granice rozumu ludzkiego” i otrzymuje wynik:

WERSYFIKATOR (metaliczny głos, nie tak nieczysty jak przedtem):
O mózgu ludzki, kłamie, kto dowodzi,
że smak nauki słodki niczym żydło
Świętalne, że nią jeno żyć się godzi,
Jak opętany, aż ci wszystko zbrzydło,
Zaźrzawszy mędrcom, dnie i noce trawisz,
Goniąc tę wietrzną próżność: wiedzy widło.
[…]
SEKRETARKA – Nie zechce pan chyba utrzymywać, że to genialny utwór.
POETA – Genialny nie, lecz nadający się do sprzedania. Aż nadto wystarczający dla wszystkich praktycznych celów.

Uwagę Sekretarki zwraca jednak słowo “widło”.

POETA: To licentia poetica, zamiast “widmo”. Dlaczego nie miałby pozwolić sobie na licencję? 

Okazuje się, iż Wersyfikator posiada umiejętność tworzenia nowych słów lub odpowiedniej deformacji istniejących, przy czym stopień, czyli głębokość tego typu zabiegów wyznaczany jest przez operatora.

POETA (czyta dalej) – […] stopień licencjalności: trochę to dziwnie brzmi w naszym języku. “Tenże normalnie mieści się w granicach dwóch-trzech stopni skali : przy największej rozpiętości otrzymuje się wybitne efekty poetyckie, ale nadające się do wykorzystania jedynie w specjalnych okolicznościach”. Fascynujące, nie uważa pani?

Pojawia się pokusa przeprowadzenia próby ze wskazaniem maksymalnej liczby na skali pokrętła … Poczynione zostają stosowne nastawienia.

WERSYFIKATOR (metaliczny, ochrypły głos, nie tak szybki jak zwykle):
Do żab należy ropucha:
Brzydki lecz pożyteczny gad.
(pauza, zakłócenia, nieczysty głos: “gad, zjadł, pad, rad, mat, szmat, wariat, furiat, garb, karb, skarb…” gubiące się wśród charkotów; milczenie, po czym podejmuje z wysiłkiem):
Pod kamieniami się rucha,
Z obrzydzenia jam cały zbladł,
W brodawkach ma grzbiet i brzucha,
Ale robaki zjada rad!
(pauza, potem z widoczną ulgą):
Widzisz jak w szpetnej powłoce
Kryją się szlachetne moce.
SEKRETARKA – No, proszę: ma pan, czego chciał. On jest po prostu wstrętny, na mdłości się zbiera. Obrzydliwość: zadowolony pan już?
POETA – Obrzydliwość, lecz pomysłowa. Jest ogromnie interesujący. Zauważyła pani, jak się odegrał w końcowym dystychu, kiedy poczuł, że trudności już są za nim? Jest o prostu ludzki. 

Swe “ludzkie” oblicze ukazuje Wersyfikator także podczas kolejnej próby. Temat: mitologia, siedmiu z Teb, biały wiersz, XIX wiek i… dwa puste miejsca w tekście.

SEKRETARKA – […] A te dwie dziury, które zostawił?
POETA – Przepraszam bardzo: pani zna może imiona Siedmiu z Teb? Nie, prawda? A ma pani magisterium z filologii i piętnaście lat praktyki zawodowej. Zresztą ja także nie znam. Jest więc rzeczą całkiem normalną, że maszyna zostawiła dwie dziury. Ale zechce pani zauważyć: miejsce wystarczające dla dwóch imion po cztery sylaby, albo jedno na pięć, drugie na trzy, jak przeważna ilość imion greckich.

Poirytowana Sekretarka także postanawia wypróbować maszynę: “wolny temat”.

WERSYFIKATOR (dźwięcznym głosem amanta filmowego): Dziewczyna w sam raz do łóżka…
Sekretarka wydaje przenikliwy krzyk, jakby ujrzała mysz i porusza wyłącznikiem; silny trzask, maszyna milknie.
POETA (ze złością) – Co pani wyprawia? Proszę w tej chwili włączyć prąd! Chce mi go pani zdemolować?!
SEKRETARKA – On mnie obraził! Robi do mnie aluzję, ten… przyrząd!
POETA – Co takiego? Skąd, do diabła, przyszło to pani do głowy?
SEKRETARKA – Nie ma tu innej dziewczyny. On o mnie mówi. Jest grubiański i nieprzyzwoity.
POETA – proszę się uspokoić i nie histeryzować. Niech mu pani pozwoli skończyć. To jest maszyna, czy pani o tym zapomniała? A maszyny, wydaje mi się, nie ma się czego lękać, przynajmniej pod tym względem.

Wersyfikator kończy wiersz…

Wersyfikator (tym samym dźwięcznym głosem):
Dziewczyna w sam raz do łóżka:
PIękny biuścik, zgrabna nóżka,
Tyle o niej już słyszałem,
Że sam wypróbować chciałem.
Dla mnie nowe to przeżycie,
Ale ona cierpi skrycie:
Dotknie ręką, śrubę spotka,
Dotknie wargą, a tu szczotka,
Chce przytulić się biedactwo,
A tu brąz, miedź i żelastwo!
Trzask – milczenie.
SEKRETARK (wzdycha) – Biedaczek!
POETA – Widzi pani? Przyznaje pani sama: wzruszył panią. Taka świeżość, spontaniczność, że… Ja kupię tę maszynę. Nie dam jej wymknąć mi się z rąk.
SEKRETARKA (odczytuje tekst) – […] Dobrze udaje… dobrze udaje zachowanie ludzkie. “…a tu szczotka”: co tu robi szczotka?

Na to pytanie odpowie już pan Simpson, który właśnie ponownie wkracza na scenę dramatu.

SIMPSON – […] To jest żargon drukarski: wie pan dobrze, że w każdej drukarni powstaje swoisty żargon. Żargon drukarni, w której się narodził. W sali montażowej firmy NATCA, włoskiej, tu, u nas, w Olgiate Camasco, “szczotką” nazywają szczotki metalowe. Ten model został zmontowany i opracowany w Olgiate i musiał podsłuchać ten termin. A raczej, kiedy się nad tym zastanawiam: on go nie podsłuchał, jego tej nazwy nauczono.
POETA – Nauczono? A po co?
SIMPSON – To taka najświeższa innowacja: widzi pan, wszystkim naszym aparatom (a także, oczywiście, i konkurencyjnym) może przydarzyć się awaria. Otóż nasi technicy zdecydowali, że najprostszym rozwiązaniem jest nauczyć maszyny wszystkich nazw części, jakie zawierają; w ten sposób, w wypadku uszkodzenia, są one w stanie bezpośrednio domagać się zastąpienia awaryjnej części. Rzeczywiście Wersyfikator zawiera dwie metalowe szczotki, połączone na osiach, podtrzymujących taśmę.

Samodiagnozująca uszkodzenie maszyna (!) Marzenie wszystkich serwisantów… Tymczasem zapada decyzja przeprowadzenia ostatniego testu. Wybór pada na sonet Jesień w Ligurii, jedenastozgłoskowiec, EL, rok 1920, niezrealizowane zlecenie (z braku czasu, natchnienia lub z powodu zaistnienia tak zwanych przyczyn obiektywnych). Początek utworu zostanie pominięty (typowa kompozycja liryczna), zacytujemy interesujące nas jedynie zakończenie:

WERSYFIKATOR – […] 
Dwa styki się spaliły w mym ogonie
I uwięziły mnie na rymie “onie”.
Ratuj mnie, złoty, poczciwy, Sinsonie,
Lecz jak najprędzej, bo już w piętkę gonię
I jak nie zdążysz, to ducha wyzionę.
Przynieś narzędzia i zmień połączonie,
Wskazówki znajdziesz w świeżym instrukcjonie,
Dzięki serdeczne i uszanowionie.
Silne brzęczenie, hałas, gwizdy, zakłócenia, łoskot.

Przepalony bezpiecznik przerywa pracę urządzenia. Awaria trafia się jak na zawołanie, a przy okazji awarii…

SIMPSON […] – Może uszło to pana uwagi: słyszał pan jak mnie nazwał? “Ratuj mnie złoty, poczciwy Sinsonie”.
POETA – No to co? To była licentia poetica: mało broszura pisze o mechanizmie licencji, stopniu “licencjonalności”, itd.?
SIMPSON – A nie, widzi pan, to jest co innego. Zmienił moje nazwisko na ‘Sinsona” ze szczególnych powodów. Powinienem powiedzieć raczej, że je poprawił, gdyż (z dumą) “Simpson” etymologicznie wiąże się z Samsonem, w hebrajskim brzmieniu Szimszonem. Maszyna nie mogła o tym wiedzieć naturalnie, ale w momencie paniki, czując gwałtownie wzrastające natężenie prądu, doznała potrzeby interwencji, pomocy i ustaliła związek pomiędzy “wspomożycielem” antycznym a współczesnym.
POETA (z głębokim podziwem) – Związek… poetycki!
SIMPSON – Oczywiście. Jeżeli to nie jest poezja, to co to jest?
POETA – Tak… tak, to jest przekonujące, zgadzam się.

Zakup Wersyfiktora zostaje sfinalizowany, światła na scenie przyciemnione, Poeta zwraca się do publiczności.

POETA […] – Od dwóch lat już jestem w posiadaniu Wersyfikatora. Nie mogę powiedzieć, aby mi się już zamortyzował, lecz stał się dla mnie nieodzowny. Okazał się ogromnie wszechstronny: nie tylko, że odciążył mnie w mej pracy poetyckiej, ale prowadzi mi rachunkowość i wypłaty, uprzedza o terminach płatności, nadto załatwia mi korespondencję. Nauczyłem go bowiem komponować prozą i wywiązuje się z tego znakomicie. Na przykład, ten tekst, którego państwo wysłuchali, to jego utwór.

I tak dostajemy wcale nie tak futurystyczną wizję człowieka i maszyny. 

Kto widzi Bożą łaskę, kto miecz Damoklesa?…

Radujcie się więc lub drżyjcie, odetchnijcie z ulgą, albo poddajcie się panice (jak kto woli) poeci, copywriterzy, publicyści, pisarze, dziennikarze, redaktorzy, felietoniści, bajkopisarze i autorzy pamiętników oraz wspominek z dzieciństwa… Idzie nowe.

***

Redakcja Iviter.pl informuje, iż w pierwszych dniach września 2020 roku The Guardian opublikował na łamach swego internetowego serwisu artykuł napisany przez GPT-3, algorytm sztucznej inteligencji. W swej treści tekst rozwiewał obawy i zapewniał o braku jakichkolwiek złych intencji ze strony systemów AI w stosunku do (mogącej odczuwać zaniepokojenie jej rozwojem) ludzkości.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o