MAKE MUSIC NOT (Loudness) WAR

0
166

Czas przyjemnie spędzany na słuchaniu muzyki minął bezpowrotnie? Kształtowanie muzycznej wrażliwości w obliczu jakości wielu współczesnych płyt staje się kuriozalne i wręcz niemożliwe. „Wojna głośności” zabija muzykę, która bez względu na walor artystyczny, w swym technologicznym wymiarze staje się niestrawna i męcząca. W tej wojnie ofiarami są także, a może przede wszystkim, słuchacze. Czym jest „loudness war”, kto w niej uczestniczy i w jakim celu?

„Loudness war” to walka muzycznych wydawców na decybele realizowanych przez nich nagrań – to bój o coraz głośniejsze nagranie. W konsekwencji powstaje przekaz muzyczny przekraczający możliwości cyfrowego medium. Dźwięki wykraczające poza maksymalny możliwy poziom (0 dB) zostają „przycięte”, sinusoida zdeformowana, jej wierzchołki spłaszczone (tzw. clipping) – powstają bardzo nieprzyjemne i w dłuższym odbiorze męczące ucho zniekształcenia. W celu jeszcze większego podbicia głośności manipuluje się także dynamiką nagrania, która poddana zostaje kompresji. Momenty ciche zostaję podbite i zrównane z najgłośniejszymi – efektem jest przykry muzyczny hałas.

U podstaw tego procederu pokutuje niepoparty żadnymi statystykami pogląd, iż muzyka głośniejsza lepiej trafia do słuchacza, ma większe „przebicie” na playlistach rozgłośni radiowych, wywiera niejako psychologiczną presję, przekładającą się na lepsze wyniki jej sprzedaży. Teorię tę oparto na badaniach, z których wynikało, iż ludzki mózg reaguje kompulsywnie na skokowy wzrost poziomu decybeli, reakcję taką wytwórnie płytowe postanowiły wykorzystać w celach marketingowej supremacji. Nagranie zatem musiało wyróżniać się wśród innych, miało być głośniejsze od innych. Owa mitologia powstała prawdopodobnie jeszcze w latach 60., a proceder podbijania głośności miał miejsce już w epoce analoga. Jego skala (ze względu na technologiczną specyfikę czarnej płyty) była jednak niewielka i ograniczała się do kompresji dynamiki, głównie nagrań singlowych. Jednak dopiero cyfryzacja – dynamika sięgająca 96 db i brak szumów nośnika – stworzyła pole do popisu.

Nie bez znaczenia jest także ogromna rzesza odbiorców muzyki współczesnej wyposażona w słuchawki i mobilne odtwarzacze – to na ich urządzeniach utwór powinien brzmieć głośno i „wyraźnie”.

W efekcie zaczęły powstawać nagrania brzmieniowo zdegradowane, pozbawione wszelkich atrybutów jakie stwarza możliwość cyfrowego zapisu. Muzyczna wrażliwość zostaje zamordowana przez skompresowany jazgot.

Dynamika nagrania, momenty ciche i głośne, ma pierwszorzędne znaczenie dla muzycznego przekazu. Wahania dynamiki są kluczowe dla emocji towarzyszących muzyce. Tymczasem słuchacz otrzymuje wyprany z artystycznej wrażliwości produkt, pozbawiający go wszelkich estetycznych doznań. Efekt rosnącego/opadającego napięcia uzyskiwany dzięki szerokiemu zakresowi dynamiki znika. Podczas kompresji miażdżone są wszelkie ciche i subtelne partie instrumentalne, przepadają dalsze plany, ale także tracą moc wszelkie dzikie uderzenia dźwięków – po prostu tracą swą gwałtowność w obliczu panującej wokół „gwałtowności”. Nie ma mowy o czymś co nazywamy naturalnym brzmieniem instrumentów.

W ten sposób wydawane są nie tylko nowe tytuły, ale także zremasterowane wersje starszych albumów. Kupując zatem materiał oznaczony jako „remastered” niekoniecznie musimy otrzymać poprawiony pod względem brzmienia produkt.

Na szczęście coraz częściej podnoszą się głosy sprzeciwu. To głosy płynące zarówno ze środowisk artystycznych, jak i realizatorów dźwięku. Znany jest protest Boba Dylana, który skrytykował niską separację instrumentów i planów dźwiękowych współczesnych nagrań, przyrównując ją do szumu. Protestują inżynierowie dźwięku: Alan Parsons, Doug Sax, Geoff Emerick. Powstają listy otwarte do przedstawicieli przemysłu muzycznego. Mają miejsce protesty fanów – głośna prośba o powtórny mastering albumu Death Magnetic grupy Metallica. Powstały organizacje walczące o prawa artystów do swobodnej wypowiedzi w kontekście realizacji skomponowanych przez nich materiałów (Turn Me Up!).

Wojna głośności wydaje się nie mieć sensu w obliczu praktyk nadawców radiowych wyrównujących i uśredniających poziomy poszczególnych nagrań podczas realizacji transmisji, a także w obliczu prac Międzynarodowego Związku Telekomunikacyjnego (International Telecommunication Union) nad przepisami standaryzującymi możliwe poziomy głośności transmitowanych sygnałów.

W obliczu loudness war także wszelkie zabiegi technologiczne związane z pracami nad nowymi, coraz lepszymi standardami nagrywania dźwięku tracą na znaczeniu.

Ta wojna pochłonęła wiele ofiar, pozostawiła wiele zgliszcz. Czas podpisać rozejm. Czas zaprzestać tych szkodliwych praktyk wydawniczych. Pamiętajmy o muzyce.